Showing posts with label Luksor. Show all posts
Showing posts with label Luksor. Show all posts

Egipt. Ostatni rzut oka na Luksor.

Właśnie,ostatni rzut oka i ruszamy dalej. Ostatnia włóczęga uliczkami i trochę mi żal, bo tak fajnie tu i sympatycznie. Ale jak mamy jakieś plany i chcemy mniej więcej zdążyć to trzeba się wziąć w garść i ruszyć dalej.
Ale najpierw jeszcze trochę luksorskich kulinariów, które wcześniej przegapiłam. Najpierw Sofra i takie mięsno warzywne cuś - świetne, ale za nic sobie nie przypomnę jak to się zowie. No i do tego chrupiący chlebek oraz pucharek po wypitym z niecierpliwości i łakomstwa napoju ze świeżego arbuza :)


Potrawka rybna, zapiekana, bardzo dobra z ryżykiem w przyjemnej, klimatycznej restauracyjce nad Nilem. Morze nie sama ta restauracyjka była klimatyczna co właśnie ten Nil za burtą :) A u mojego dziecięcia jak zwykle, zachowawczo pizza :) Oraz jej ulubiona herbatka zielona w zielonobiałym czajniczku.



I jeszcze tylko balkonowa martwa natura - już nie w temacie kulinaria - rzecz jasna.


Kamieniczka z lukrowaną wieżyczką (te kulinarno podobne określenia to pozostałość po przedwczorajszym lukrze na pączkach)


Na deptaku, ups, na Cornishe w Luksorze, trala...


 

 Z tym panem nie pojedziemy (i nie pojechałyśmy tłumacząc mu, że żal nam tak zabiedzonego konika)


Parking "kalesz, kalesz"


I jeszcze tylko chwila skupienia, zadumy, modlitwy...


Ciepłe wieczory pod palemką :)


Ruch i zgiełk w aleii sfinksów...


Rozmodlone noce...


Wschody słońca pełne baloników...

 

I ruszamy na Południe, do Asuanu 

Egipt. Ponownie wkraczamy w krąg Amona - świątynię w Luksorze

Będąc w Luksorze postanawiamy pozostawić sobie świątynię Amona nad brzegami Nilu na deser. Jest blisko naszego hoteliku, mijamy ją co dzień. Ale nie wchodzimy, nie zwiedzamy, bo prawdziwy czar roztoczy ona po zmierzchu. I nie mylimy się. Świątynia otwarta jest do 22 godziny. Wielu turystów też korzysta z tej możliwości, choć im bliżej 22 jest ich coraz mniej. Zachodzi słońce i wieczór staje się przyjemnie ciepły, a z nad Nilu powiewa lekki wietrzyk. Cóż więcej chcieć. Kupujemy bilety, dodatkowy dla trójnogiego pana statywa. Ale na razie spacerujemy i robimy zdjęcia bez jego pomocy. I tak zaglądając w górę, podziwiając wysokopienne kolumny i pokryte reliefami mury, rozbijam sobie kolano. Dobrze, że to nic groźnego. Chwila bólu, trochę krwi pozostawionej na kamieniach w ofierze dla Amona (złożonej przez ofiarę ;) ). Do święta Opet się zagoi. Cóż to za święto Opet? Było to święto podczas którego Amon odwiedzał świątynię. W nawet dwudziestoparodniowej procesji płynęły Nilem lub na odcinkach lądowych były niesione barki z posągami Amona Ra i jego boskiej rodziny oraz z faraonem. Procesji towarzyszyli żołnierze, muzycy i tancerze. Ten cały barwny korowód dochodził do świątyni ale do wnętrza wstęp mieli jedynie faraon oraz kapłani. 
Świątynia była wykorzystywana w czasach rzymskich na koszary legionów, natomiast później chrześcijanie zaadoptowali ją na kościół. Dziś, jeśli jest się w niej w czasie muzułmańskiej modlitwy, można usłyszeć z dwóch meczetów leżących po dwóch stronach świątyni, śpiewne wezwanie do modlitwy muezinów. Melodia przeplata się, konkuruje ze sobą. A po środku, nad świątynią wznosi się księżyc. Chciało by się powiedzieć - chwilo trwaj...

 
 

 

U stóp boskiego Amona...
 

 

Typy świątynne...
 

 

  

  

A gdy zapadnie zmierzch... Zaczyna się magia...


 
 

 
 

Egipt. Patelnia zwana Doliną Królów

Po wizycie u królowej Hatszepsut jedziemy do Doliny Królów. Zbliża się południe, jest druga połowa lipca i słońce chyba oszalało. Na głowach mamy kupione pod świątynią Hatszepsut szale (dziś dzień pod hasłem "dajemy się naciągać"), ale rzeczywiście jest w nich chłodniej niż w naszych kapeluszach. Woda pozostawiona w aucie jest równie gorąca jak powietrze wokół nas. Zaczyna gotować się wszystko, włącznie z naszymi mózgami. I miksuje mi się gdzieś w podświadomości rzeczywistość zastana z rzeczywistością wirtualną. Pytam więc kierowcę czy można robić zdjęcia w Dragon Valley zamiast w Valley of the Kings. Moje dziecię patrzy na mnie szeroko otwartymi oczyma i wybucha nieopanowanym śmiechem. Ja ocknąwszy się zaczynam się również śmiać a biedny kierowca nie rozumie z czego wynika ta nasza nagła wesołość. Przepraszam go i tłumaczę, że przejęzyczenie, pomyłka itd, ale on chyba nawet nie dosłyszał mojego pytania. Otóż Dragon Valley istnieje w świecie wirtualnym Lineage, takiej gry fantasy mmorpg, w którą to lubiłam sobie pograć. I to nieszczęsne Dragon Valley bardzo przypomina Valley of the Kings czyli Dolinę Królów. A ja się najczęściej właśnie tam gubiłam i plątałam. Stąd pod wpływem słoneczka nieco mi się zmiksowała rzeczywistość i fantazja oraz dwa "valley". Do tej pory to wspomnienie wprawia Ines w dobry nastrój :)


Przy wejściu makieta całej doliny czy raczej rozżarzonej do białości patelni. Już wiemy, że w takich warunkach nie da się jej zobaczyć i przejść całej. Na szczęście uzbrojone jesteśmy w butelki wody i nie zawahamy się ich użyć.


Do grobowców podjeżdża się wagonikami kursującymi non stop tam i z powrotem.
Niestety nie mamy szczęścia bo najwspanialszy grobowiec Ramzesa III jest aktualnie zamknięty. Zwiedzamy trzy inne grobowce, które są w cenie bilety do doliny. Rezygnujemy z i tak pustego grobowca Tutenchamona, za który trzeba dodatkowo sowicie zapłacić. 


 

Dobrze, że przyszło mi do głowy przed wyjazdem, że może japońskie wachlarze na coś się w egipskim słońcu przydadzą. W grobowcach ratują nam życie. Gdy schodzi się w dół w ciasnych, dusznych, gorących korytarzykach, człowiekowi robi się aż słabo, ma wrażenie, że za chwilę zemdleje. I bardzo żałuję po raz setny, że to co inni tak wychwalają - wakacje w szkole, ma tak wiele minusów i bardzo zazdroszczę, ludziom, którzy mogą urlop wziąć sobie wiosną, jesienią i zwiedzać wtedy gdy pogoda jest bardziej sprzyjająca, lub gdy jest wysyp owoców a nie dozgonnie być skazanym i na najwyższe ceny, bo sezon wakacyjny i najwyżej stojące słońce.
Niestety nie wolno robić zdjęć w grobowcach. Nawet nie próbuję ukradkiem, mój aparat jest za słaby na te pogrążone w półmroku wnętrza. Tu trzeba by było ustawić statyw. A flesz szkodzi kruchym polichromiom i reliefom na ścianach, zresztą szkodzi im również wielka liczba turystów przez zbyt wiele wydychanego dwutlenku węgla i wilgoć. Niektóre z nich choć przetrwały tysiące lat, zaczynają pękać. W podziemiach mijamy namalowane, wciąż barwne łodzie solarne wiozące najróżniejsze dobra, postacie faraonów, bogów i ich historie. Ponad nami boginie pochylone tworzą nieboskłon, a wokół nich liczne gwiazdy na granatowym tle. Wśród ilustracji jest Księga Bram - opowiada ona o duszy zmarłego, który musi przejść nocą aż do świtu w zaświatach szereg bram. Każda z tych bram należy do jednej z bogiń, zmarły przechodząc poznaje je. Wśród nich jest m.in.: Ta, która rozczepia głowy wrogów Ra, Ta, która przecina (duszę egipską) Ba, Ta, która odpycha węża, Pani nocy, Ta, która adoruje, Ta, która obcina głowy rebeliantom. W sumie jest ich dwanaście i od życia zmarłego i jego uczynków zależy czy przejście to będzie spokojne i przyjemne, czy też pełne męczarni i cierpienia. Możemy też zobaczyć Księgę Jaskiń, która opisuje wędrówkę boga Ra po świecie podziemi. 
Gdy powracamy do świata żywych, oślepia nas słońce a świeże powietrze wydaje się wybawieniem. Czujemy się zapewne jak dusza zmarłego po przejściu przez ciemny korytarz zaświatów, pełen prób i testów.
By przeczytać więcej o pracach wykopaliskowych w Dolinie Królów i zobaczyć fotografie polecam stronę Theban Mapping Project
Wracamy. Omijamy natrętnych sprzedawców książek i pocztówek. Przed nami Ramasseum, Kolosy Memnona (które niestety już nie śpiewają o zmierzchu) i wytwórnia alabastru, w której dajemy się oszukać kupując "alabastrowy" wazonik.

 Puste, milczące Ramasseum



Domy na zachodnim brzegu Nilu, z których władza siłą eksmituje ludzi.


 

Wyblakłe, błękitne ślady świetności świątyni i wszędobylskie gołąbki.

 

Kolosy Memnona

I dokładnie po drugiej stronie ulicy oszukańcza wytwórnia alabastru.

 

 

Egipt. Hatszepsut...


Uwielbia słuchać opowieści o potężnych kobietach w swojej rodzinie, o swoich babkach, które tak wiele zrobiły dla świetności państwa. Wzrasta w cieniu legendy swojego ojca i jego dążeniu do panowania Egiptu nad światem. Drobna, inteligentna, odważna i otwarta. Gdy kończy 11 lat, w tym dniu kończy się również jej beztroska. Zostaje wydana za mąż za przyrodniego brata, staje się "boską małżonką boga".  W wieku 15 lat rodzi córkę i wkrótce potem zostaje wdową. Nastoletnia regentka Teb, Hatszepsut. Córka boga Amona Ra, który nawiedził jej matkę, a owocem tego spotkania była właśnie ona, jak lubi opowiadać. Bo właśnie ona bezgranicznie wierzy w swojego boga, Amona Ra, w świat poukładany, zasobny tylko pod jego wezwaniem. To dzięki niemu jako ambitna kobieta w wieku 22 lat zostaje władczynią Egiptu i postanawia oddać należną cześć wielkiemu Amonowi. Wznosi więc kolejne sanktuaria i świątynie - Karnak, Luksor, Beni Hasan, Kombo Ombo i w wiele innych od Synaju po czarną Nubię. Rytuały na cześć boga mają bogatą oprawę, dla Hatszepsut i dla boga całego Egiptu ruszają dalekie i niebezpieczne wyprawy by przywieźć jeszcze więcej dóbr. To Amon czuwający nad władczynią i krajem pozwala im na zwycięski powrót. Już nikt nie ma wątpliwości w potęgę boskiej Hatszepsut. A wokół nieprzeciętnie uzdolnionej władczyni świetnie dobrany dwór najzdolniejszych i najbardziej utalentowanych ludzi. Jej ambicje jednak wciąż pozostają niezaspokojone. Chce jeszcze większej potęgi Egiptu. Chce prowadzić wojny, niestety jest tylko kobietą w oczach ludu. Ogłasza się królem, nie królową. Ogłasza się synem, nie córką wszechwładnego Ra. Jej portrety nabierają barwy krwistoczerwonej, jaką malowano jedynie mężczyzn. Chwała Hatszepsut rośnie, powstaje monumentalna świątynia - grobowiec w Dejr El Bahari. I nagle umiera jej córka. W niełaskę popada wielu najbliższych władczyni dostojników, ginie Senmut, ulubieniec królowej, opiekun jej córki oraz projektant świątyni w Dejr El Bahari. Niszczone są ich posągi, wymazywane imiona. Tajemnica skrywa do dziś ich przewinienia. Tajemnica skrywa również nagłe urwanie się historii Hatszepsut. Wiemy tylko, że panowała około 20 lat, a jednak papirusy milczą, ludzie nie opowiadają już więcej historii o wielkiej kobiecie, wspaniałym faraonie... Prawdę jedynie pamiętają mury budowli u stóp stromej skały... I tylko inskrypcje chcą mówić jeszcze ”...teraz moje serce zwraca się w tę lub tamtą stronę, gdy myślę, co ludzie powiedzą. Ci, którzy zobaczą moje budowle w przyszłości i ci, którzy będą mówić o tym, czego dokonałam.”

 

  

  

  

Ze świątynią królowej Hatszepsut wiąże się jeszcze jedna, tragiczna historia. 17 listopada 1997 roku zamachowcy ukryci za filarami świątyni zastrzelili sześćdziesiąt dwie osoby. "Dlaczego zabili właśnie w tej świątyni? Młody Arab, który dorywczo pracuje jako taksówkarz, uważa, że to oczywiste. - Tutaj wystawiano "Aidę"! Operę Verdiego pokazano miesiąc przed masakrą, w sto dwudziestą piątą rocznicę jej światowej premiery i w siedemdziesiątą piątą rocznice odkrycia grobu Tutenchamona. To była wielka pompa. Przyjechali zagraniczni goście. Sam prezydent Mubarak był obecny. - Władza mówiła: Patrzcie, jacy jesteśmy silni! Można wystawić operę na pustyni, zaprosić same szychy i nikt nam nic nie zrobi! - tłumaczy młody Arab. - A terroryści miesiąc później weszli do świątyni i przez godzinę byli w niej panami życia i śmierci. Zabójcom nie chodziło o turystów. Chcieli uderzyć w policję, wyżej - w samą władzę." Tak opisuje te wydarzenie Beata Pawlak w "Piekło jest gdzie indziej". Świetna książka - polecam gorąco. Zamachowców było sześciu, złapano ich, wykonano kary śmierci. Nam pewien Egipcjanin opowiadał, że również aresztowano i pozbawiono życia ich rodziny... Teraz na szczycie wznoszącej się nad świątynią skały są rozmieszczone posterunki, tak by historia nie mogła się już powtórzyć.



W Dejr El Bahari znajduje się również stanowisko polskich archeologów.

 

I stąd zapewne również polskie akcenty. Dwóch Egipcjan chcących nam pokazać świątynię (nie skorzystałyśmy) i zrobić sobie zdjęcia mówiło "Aaa Bolanda. Dobzie, dobzie, bardzo dobzie." Ale jak usłyszeli, że bakszyszu niet, było już "Dobzie, dobzie" ale już bez bardzo :)


 

W oczekiwaniu na turystów...

 

Zabawnie również opisuje swoje wspomnienia z Dejr El Bahari (i nie tylko) Marian Brandys w książce "Śladami Stasia i Nel" Również gorąco polecam. Zaczytywałam się tą książka będąc nastolatką i marząc o dalekich podróżach :) A zwłaszcza śladami Stasia i Nel :)